Wędkarskie historie · 31.10.2026

Od tego wszystko się zaczęło

Są takie dni, które z pozoru nie różnią się niczym szczególnym od innych, a jednak zostają w pamięci na długo. Dla mnie jednym z takich dni był początek maja 2026 roku, kiedy po raz pierwszy wybrałem się z synem na wspólne wędkowanie.

Nie była to żadna wielka wyprawa. Nie jechaliśmy nad odległe jezioro, nie mieliśmy profesjonalnego sprzętu ani ambitnych planów na złowienie rekordowych ryb. Chcieliśmy po prostu spróbować. Sprawdzić, czy wędkarstwo zainteresuje mojego syna na tyle, żeby chciał wracać nad wodę.

A ja? Ja chyba jeszcze wtedy nie wiedziałem, że ta wyprawa obudzi we mnie coś, co przez wiele lat pozostawało uśpione.

Powrót do czegoś, co kiedyś było ważne

Z wędkarstwem zetknąłem się na początku lat dziewięćdziesiątych. To mój dziadek zabierał mnie nad wodę i pokazywał, na czym polega łowienie ryb. Pamiętam czasy, kiedy większość wolnych chwil można było spędzić ze spławikiem, obserwując jego najdrobniejsze ruchy.

Później przyszły studia, wyjazd z rodzinnego domu do Warszawy i zupełnie inne życie. W 2001 roku odłożyłem wędki i przez kolejne lata właściwie nie wracałem do łowienia.

Aż w końcu, po blisko ćwierć wieku, pojawiła się myśl: może warto spróbować jeszcze raz?

Tym razem jednak nie chodziło wyłącznie o mnie. Chciałem pokazać wędkarstwo synowi. Zobaczyć, czy odnajdzie w nim coś dla siebie, tak jak ja kiedyś.

Białe robaki, zanęta i pięciometrowy bat

Na naszą pierwszą wyprawę wybraliśmy łowisko APO w Piasecznie.

Był początek maja. Pogoda dopisała — świeciło słońce, ale nie było jeszcze gorąco. Taka przyjemna, wiosenna aura, w której można spokojnie spędzić kilka godzin na świeżym powietrzu.

Przed wyjazdem kupiliśmy białe robaki i zanętę. Do tego zabraliśmy pięciometrowego bata firmy Kraken.

Na początku zależało mi przede wszystkim na prostocie. Nie chciałem zasypywać syna informacjami o różnych metodach łowienia, zestawach czy technikach. Chciałem, żeby mógł skupić się na tym, co w wędkarstwie najważniejsze na samym początku — obserwowaniu spławika, oczekiwaniu na branie i radości z pierwszych złowionych ryb.

Pięciometrowy Kraken okazał się bardzo dobrym wyborem. Prosty sprzęt, który pozwala skupić się na samym łowieniu. Nie jest to żadna recenzja wędki, ale muszę przyznać, że na początek naszej przygody sprawdziła się znakomicie.

Co ciekawe, podczas tej wyprawy sam praktycznie nie myślałem o łowieniu. Cała moja uwaga była skupiona na synu.

Chciałem zobaczyć, jak sobie poradzi, czy będzie cierpliwy, czy zainteresuje go obserwowanie spławika i czy po pierwszej godzinie nie stwierdzi, że jednak woli robić coś innego.

Pierwsze brania i coraz większy zapał

Nad wodą spędziliśmy około trzech, może czterech godzin.

Ryby całkiem nieźle współpracowały. Łowiliśmy sporo płotek i krąpi, więc nie brakowało okazji do obserwowania brań i wyciągania kolejnych ryb.

Dla doświadczonego wędkarza takie połowy mogą wydawać się czymś zupełnie zwyczajnym. Ale dla dziecka, które dopiero poznaje ten świat, każda ryba jest wydarzeniem.

I właśnie to było w tym wszystkim najlepsze.

Patrzyłem, jak syn coraz bardziej angażuje się w łowienie. Jak wypatruje ruchu spławika, czeka na kolejne branie i cieszy się ze złowionych ryb.

Z każdą kolejną chwilą widziałem, że to nie jest tylko chwilowa ciekawość.

Pojawił się ten charakterystyczny błysk w oku.

Trudno go pomylić z czymkolwiek innym. To ten moment, kiedy widzisz, że dziecko naprawdę się czymś zainteresowało. Że nie robi tego tylko dlatego, że tata zaproponował wspólny wyjazd.

I właśnie wtedy zacząłem myśleć, że może naprawdę będziemy razem jeździć na ryby.

Pierwszy lin — ryba, którą zapamiętamy

Największą niespodzianką naszej wyprawy był piękny lin.

I nie był to po prostu kolejny złowiony okaz.

To był pierwszy lin w życiu mojego syna.

Wśród płotek i krąpi taka ryba była czymś wyjątkowym. Dla mnie również, bo mogłem obserwować jego radość z tego połowu.

Nie wiem, czy za kilka lat syn będzie pamiętał wszystkie szczegóły tamtego dnia. Pewnie nie. Ale mam nadzieję, że zapamięta właśnie takie chwile.

Pierwszego lina. Pierwsze wspólne łowienie. Radość z tego, że coś udało się złowić.

Na szczęście mamy zdjęcie tej ryby, które trafiło do galerii z naszej wyprawy.

I właśnie dlatego cieszę się, że powstaje ten blog. Żeby takie momenty nie znikały gdzieś w pamięci, tylko zostawały z nami na dłużej.

Chyba pora kupić wędkę również dla siebie

Kiedy planowałem nasze pierwsze wyjazdy, założenie było proste: na początku łowi syn.

Nie chciałem od razu kupować dwóch kompletów sprzętu ani organizować wypraw, podczas których każdy zajmowałby się własną wędką.

Zależało mi na tym, żeby spokojnie pokazać mu wędkarstwo i sprawdzić, czy rzeczywiście będzie miał do niego chęci i zapał.

Dlatego podczas pierwszych wypraw skupiałem się przede wszystkim na nim.

Ale tamtego majowego dnia wydarzyło się coś jeszcze.

Obserwując syna, sam zacząłem przypominać sobie, dlaczego kiedyś tak bardzo lubiłem łowić ryby.

Ten spokój nad wodą. Oczekiwanie na branie. Przyjemność z przebywania na świeżym powietrzu. I ta satysfakcja, kiedy spławik znika pod powierzchnią wody.

Niby nic wielkiego, a jednak przez te wszystkie lata trochę mi tego brakowało.

Kiedy zobaczyłem, z jaką radością syn łowi kolejne ryby, poczułem, że chyba nadszedł czas, żebym również wrócił do wędkarstwa na dobre.

Zacząłem więc myśleć o zakupie własnej wędki.

Po tylu latach przerwy wiedziałem, że wiele rzeczy będę musiał poznawać od nowa. Sprzęt się zmienił, techniki łowienia również, a ja miałem sporo do nadrobienia.

Ale zamiast mnie to zniechęcać, zaczęło mnie coraz bardziej ciekawić.

Początek naszej wspólnej przygody

Po kilku godzinach zakończyliśmy łowienie i wróciliśmy do domu.

Nie przywieźliśmy żadnych rekordów ani wielkich trofeów. Było za to sporo płotek, krąpi, pierwszy lin mojego syna i kilka godzin naprawdę dobrze spędzonego czasu.

Dla mnie najważniejsze było jednak coś innego.

Zobaczyłem, że mój syn złapał wędkarskiego bakcyla.

A przy okazji okazało się, że ja sam wcale go nie straciłem. Po prostu przez wiele lat nie miałem okazji sobie o nim przypomnieć.

Kiedyś nad wodę zabierał mnie dziadek. Teraz to ja mogę zabierać swojego syna.

I chyba właśnie w tym jest coś najpiękniejszego.

Tak zaczęła się nasza wspólna wędkarska przygoda.

A ja już wiedziałem, że na jednej wyprawie się nie skończy.

Rozmowy znad wody

Dołącz do rozmowy

Jeszcze nikt nie skomentował tej historii. Możesz być pierwszy!

Dodaj komentarz

Komentarze są publikowane po moim zatwierdzeniu. Twój adres e-mail nie będzie widoczny publicznie.